Krzysztof Pyzik: Mimo że byliśmy statystami, reżyser i ekipa filmu "Wołyń" traktowali nas bardzo dobrze

Aktualności
Typography
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Był jedną z najbardziej oczekiwanych premier filmowych tego roku. W kinach obejrzało go już blisko milion widzów. Mowa o filmie "Wołyń" w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Okazję do tego by nie tylko z bliska przyglądać się jego produkcji, ale także w nim wystąpić w roli statysty miał Krzysztof Pyzik, student ze Słodkowa Drugiego (gm. Kraśnik). Zapraszamy do lektury wywiadu z nim. 

Jak trafił pan na plan filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego?

To można powiedzie był przypadek przypadków. Jechałem w Lublinie do szkoły, bo wtedy jeszcze studiowałem tam na Uniwersytecie Przyrodniczym, i wsiadłem przez pomyłkę do innego autobusu niż ten, którym chciałem jechać. Tam autobusie zaczepiła mnie pewna kobieta. Na początku zapytała o drogę, a później ni stąd ni zowąd zagadnęła, że jej koleżanka poszukuje statystów do filmu "Wołyń", który kręci Wojciech Smarzowski. Zainteresowałem się, więc podała mi numer telefony do tej swojej znajomej. Zadzwoniłem, poproszono mnie, żeby przysłał swoje zdjęcie i w końcu dostałem zaproszenie na spotkanie do lubelskiego skansenu. Tam podczas spotkania, w którym uczestniczyli też inni kandydaci na statystów, podszedł do mnie reżyser i zaprosił do grupy, która miała grać polskich chłopów. I tak to się zaczęło. Na planie spędziłem 12 dni zdjęciowych.

Brał pan udział tylko w tych zdjęciach, które miały miejsce w Muzeum Wsi Lubelskiej?

Głównie tutaj w Lublinie, ale jeździłem też na zdjęcia do Jeziorzan za Lublin, czy do Kolbuszowej.

Jak pan już wspomniał, w filmie "Wołyń" wcielał się pan w postać jednego z polskich chłopów.

Tak, odtwarzałem postać chłopa narodowości polskiej. Brałem udział w wielu różnych scenach, wpuszczałem do grobu księdza, byłem jedną z osób przysłuchujących się opowieściom Macieja Skiby (w tej roli Arkadiusz Jakubik), który wrócił cudem ocalały z Syberii. Trzeba było aktywnie reagować na polecenia ekipy. Pokazywać zaciekawienie opowiadaną historią, jak we wspomnianej scenie ze Skibą, czy udawać strach, jak były jakieś strzały, wybuchy. Z tego co wiem, to reżyser zwrócił na mnie uwagę, bo dobrze się z tych zadań wywiązywałem. Nie we wszystkich scenach, już po zmontowaniu filmu, jestem widoczny, ale są i takie, w których widać mnie wyraźnie.

 

 

Co pana najbardziej zaciekawiło, zaskoczyło podczas kręcenia filmu?

Przede wszystkim to, że pochłania to tak dużo czasu. Z nakręceniem jednej sceny schodziło około pół dnia. Ujęcia były wielokrotnie powtarzane. Dubli było bardzo dużo. Reżyser i cała ekipa zwracali uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Nawet jak ktoś miał włosy ułożone inaczej niż powinien albo wystawały z czapki, to zaraz podchodzili charakteryzatorzy, poprawiali i nagranie trzeba było powtarzać. W ciągu dnia kręciło się praktycznie tylko 2 sceny. Bardzo dużo emocji wzbudzały sceny rzezi. Manekiny, kostiumy, wszystko było bardzo realistycznie odtworzone. Były też i sceny męczące. Ja na przykład, zgłaszając się na statystę, podałem, że jestem osobą palącą, więc później grałem w scenach, w których musiałem palić papierosy, skręty bez filtra. A jak wspomniałem, nagrywało się je nawet pół dnia. Czasami ze względu na wystrzały, wybuchy hałas był trudny do zniesienia. Bardzo ciekawe było to, że można było zobaczyć, jak taka produkcja wygląda od kuchni, że praca aktorów wcale nie jest taka lekka.

Jak was, statystów, traktowała ekipa filmowa?

Bardzo dobrze. Zawsze ktoś się nami zajmował, było wyżywienie, kawa, herbata. Jeśli trzeba było, to byliśmy dowożeni na zdjęcia. Szczególna opieką otaczane były dzieci grające w filmie. Jest tam przecież dużo drastycznych scen, w których ludzie są mordowani. Brały w nich udział też dzieci. Zawsze towarzyszyli im jednak rodzice, psycholog, którzy tłumaczyli, że to nie dzieje się naprawdę.

Jak podchodzili do was aktorzy?

 Niektórzy byli otwarci, chętnie rozmawiali, uśmiechali się, a niektórzy utrzymywali duży dystans. Najbardziej nosa zadzierał Jacek Braciak (w filmie grał Głowackiego, ojca Zosi), miał takie gwiazdorskie zachowania. Strasznie chciał zwrócić na siebie uwagę, pokazać że jest na planie. Śmiał się do rozpuku, rozmawiając z innymi aktorami, a jak zdarzało się, że w przerwie rozmawialiśmy sobie wśród statystów, to kiedyś podszedł do nas i powiedział "Proszę o ciszę, bo mnie każdy szept boli". Najmilej z kolei wspominam Krzysztofa Domaszczyńskiego (w filmie brat Tokarskiego). To aktor, który grał już między innymi u Smarzowskiego w filmie "Dom Zły", w serialu "Boża Podszewka". Chętnie ze statystami rozmawiał też chociażby Michał Gadomski (w filmie "Wołyń" Jurny Jurczak, wcześniej "Pod Mocnym Aniołem", "Drogówka", liczne seriale). Bardzo miło rozmawiało się z panem Lechem Dyblikiem (w filmie "Wołyń" grał postać Hawryluka, wcześniej m.in. "Wesele", "Róża", "Drogówka"). Wspaniały, bardzo inteligentny człowiek. Również reżyser Wojciech Smarzowski za każdym razem, gdy wchodził na plan, witał się z nami, podawał rękę. pytał, jak się czujemy.

 

  

A jakie ma pan wrażenia już po obejrzeniu filmu?

Wstrząsające. Mimo że przecież widziałem na własne oczy, jak część scen, także tych drastycznych, była kręcona. Po obejrzeniu filmu w kinie dwa dni trzeba dochodzić do siebie. Już w zapowiedziach mówione było, że będzie to "mocny" film i taki rzeczywiście jest. Oczywiście podczas oglądania zwracałem też uwagę na to, czy i w jakich scenach, w których brałem udział, mnie widać.

Spodobała się panu praca na planie? Chciałby pan jeszcze zagrać w jakimś filmie? 

Tak spodobała się. Miałem już nawet okazję być statystą w kolejnej produkcji. Zostałem zaproszony przez krakowską Agencję Castingową Outside, która rekrutowała statystów do "Wołynia", do udziału w serialu wojennym "Morowe Panny". Kręcony był on latem tego roku w Lublinie. Nie chodzi w tym wszystkim o pieniądze, za dzień zdjęciowy dostawaliśmy jakieś 70-100 zł, ale o samą frajdę uczestnictwa w takim wydarzeniu.

 

Foto archiwum Krzysztofa Pyzika